|
czwartek, 14 czerwca 2007
karmię swoje poszarpane ego horoskopami. letnia pora, więc same pozytywne rzeczy się czyta. biorąc pod uwagę, że jedynym moim urlopem będzie weekendowy wypad do warszawy, to rzeczywiście mogę liczyć na słońce, plaże i same wspaniałości z wypoczynku. zazdroszczę moim kochanym sublokatorom, za to że tak beztrosko studiują i ich jedynym problemem jest, gdzie iść na lunch, w co się ubrać i gdzie spędzić swoje wakacje. heh. snobami trochę śmierdzą. ale to chyba też różnica międzykulturowa - tu się korzysta ile wlezie z życia, aby później zapieprzać, a u nas od pierwszego roku studiów bierze się udział w wyścigu szczurów. który szczur będzie lepszy, wygra w to coraz nowszym konkursie. męczy mnie ta pogoda. męczy mnie galeria. męczy mnie moja bezsilność i brak zdyscyplinowania. próbuję zabrać się za swoje obowiązki, ale jakoś to wszystko przelatuje obok mnie. odliczam godziny do wyjścia z galerii. chyba jestem przemęczona i trochę się pogubiłam. ale się odnajdę. zacznę od jutra. na parkiecie z drinkiem w ręku. w sobotę będzie powtórka z rozrywki w picknicku. liczę na moment zapomnienia. jakoś to z E. mnie chyba zakłuło. budzi się we mnie polska mentalność. narzekanie. ale ponarzekam sobie jeszcze tak z 2 tygodnie i może mi przejdzie. oby. bo berlin też piękny jest latem. szkoda by było mojego nowego kochanka tak zaniedbać. obudzę się. przestanie mnie to miasto przerażać, pokocham je na nowo... chwilowy kryzys mamy. minie. prawda? uśmiecham się do ciebie z łzami w oczach, wierząc że wróci ten zachwyt. to pewnie przez tą rozwaloną szafę w pokoju i kurz na stoliku... niech te pytania "co dalej" wyjdą z mojej głowy. tak dobrze było niczym się nie przejmować...
poniedziałek, 11 czerwca 2007
miasto pełne singli. nikt nie chce się wiązać, bo tak łatwiej, ma się wolną rękę, można bezkarnie być egoistą i nic nie dawać. chyba nie przystosowałam się do takiego rozumowania świata. usłyszałam tylko"bo nie chcę związku". koniec. kropka. nie ma dyskusji. bo jest fajnie, miło, ale nie. sratatata. emocjonalny popapraniec, niedojrzały chłopiec, który boi się skonfrontować z rzeczywistością. nie on jedyny. skwitowałam "zatęsknisz za mną i zaboli cię". grunt to pewność siebie. heh. powinnam mieć już dawno napisane prace. zamiast tego najpierw łaziłam zamyślona i jakaś nietutejsza, potem rozpadła się szafa, na koniec w sobotę w Picknicku się spodliłam topiąc wszystkie myśli w vodka lemon, rano zerwałam w stanie nietrzeźwym zasłonke prysznicową i muszę zapieprzać do ikei, a już poniedziałek. dziecko, otrząśnij się. czasem chcę wrócić do domu, myśląc że jednak nie znajdę tutaj swojego miejsca...
poniedziałek, 04 czerwca 2007
spędzając z kimś za dużo czasu, bardzo łatwo popaść w paranoje, że jest się bardzo blisko od nieokreślonych wybuchów uczuć. jakichkolwiek. choć po przeprowadzonej rozmowie przy mocno zakrapianym wieczorze, widać zdecydowaną poprawę. jednak nadal wisi nad nami pewien problem, który polega na tym, że chyba obydwoje nie chcemy nazwać 'tej' relacji po imieniu. nie jesteśmy parą, ale tak się zachowujemy. rewelacja. poza tym, w galerii beznadziejnie. komunikacja z moimi pracodawcami jest równa zeru. ja się focham, oni robią wszystko na złość i humory mają takie, jakby ktoś im coś w tyłki powsadzał. po 4 miesiącach dostaję nerwa jak tylko przekraczam próg. przestaje mi sprawiać radość obcowanie ze sztuką jak na nich patrzę. może jestem po prostu przewrażliwiona. może reaguję agresywnie bo ze mną jest coś nie tak. nic to, będę musiała wysłać maila do P. bo rozmawiać z nim nie można normalnie, na dodatek szanowna panna K. zawsze stoi na drodze i chce wszystko wiedzieć. Pora powalczyć o swoje, a nie całe życie być dobrą samarytanką i dostawać po dupie. mój dzisiejszy humor jest zależny dziś od pogody. czyli jest beznadziejnie - dziś jest to moje ulubione określenie :)
czwartek, 31 maja 2007
za każdym razem, jak powracam z domu do tego miasta, nie mogę się pozbierać. filtrują się wydarzenia minionych dni, rozczarowanie czasem i pędem, wyrzuty sumienia, że nie na wszystko starczyło czasu i siły. może zmieni się to, jak zacznę przyjeżdżać na weekendy do domu, a nie na uczelnie. bo jak narazie jest to jeszcze wielka różnica. i wszyscy cierpią :) nic to, pora zbierać się do pracy. kolejny słoneczny dzień. ciekawa jestem jaki dzisiaj szefowie będą mieli humor...
piątek, 18 maja 2007
dopadł mnie kryzys. hurra. w końcu. jakie to piękne. przez chwile nie pajać do tego miasta jakąkolwiek sympatią. wczorajszy dzień przeleżałam w łóżku, wypłakałam się za wszelkie czasy, na kacu, nienawidząc świata. dziś już lepiej, przynajmniej kasa w końcu weszła na konto. jutro shopping. tak jak na stereotypową kobietę przystało. leczymy smutki dietą portfela. choć prędzej przydałby mi się to fryzjer. i nowy mózg. nienawidzę się za to wszystko co we mnie właśnie jest. jego, za to że jest ignorantem. i czym większego skurwiela poznaję, tym bardziej mnie pociąga. a ja idiotka albo zaczynam się narzucać, albo strzelam kosmiczne fochy. pora z tym skończyć. zachowuję się jak jakaś nawiedzona 15latka. nienawidzę tej samotności w tym pieprzonym mieście. i aż chce się zacytować za Marysią P. (...) W tobie sobie mieszkam, co nie znaczy, że spieprzam lub, że się dobrze tu czuję, pochuje. Pieprzę cię miasto, chodzę własnymi drogami a ty mi je wyznaczasz swymi przystankami. Pieprzę cię miasto, jesteś jak stare ciasto. Miasto, pasozucie, pieprzę cię nad życie, Ale też nie widzę innego miast ciebie, więc pieprzę cię miasto czule bo jesteś moim miastem, któremu znów wrzasnę: Pieprzę cię miasto. | ||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||